1,5 tygodnia temu wróciłyśmy z Włoch – tygodniowy pobyt w Caorle wystarczył, żeby doładować baterie na kilka następnych miesięcy. Jednak o tym urokliwym, włoskim miasteczku napiszemy przy okazji innego wpisu. Dzisiaj natomiast udamy się do Wenecji, w tym ja po raz trzeci albo czwarty, żeby przynieść Wam garść wskazówek o tym, jak poruszać się w mieście, w którym komunikacja miejska ogranicza się do przemieszczania gondolami, vaporetti i prywatnymi, wodnymi taksówkami.

Z Caorle do Wenecji mogliśmy się dostać na co najmniej trzy sposoby. Pierwszy obejmował przejazd autobusem do Lido di Jesolo, a następnie krótki rejs promem do samej Wenecji – cena ok. 20 euro. Druga opcja była podobna, z tą tylko różnicą, że do Jesolo trzeba było dojechać na własną rękę, stamtąd również promem. My zdecydowaliśmy się na trzecią, czyli dwugodzinny rejs statkiem z Caorle do Wenecji w cenie 35 euro. Opcja najdroższa, ale najwygodniejsza, pozwalająca na bezstresowe przemieszczenie się z punktu A do punktu B – widoki, mimo że rejs przebiegał wzdłuż brzegu – całkiem całkiem.

Wenecja przywitała nas upalnie. Pod koniec dnia doszłyśmy do wniosku, że wakacje nie są najlepszym miejscem na jej zwiedzanie. Po pierwsze, ze względu na oszałamiająco wysoką temperaturę – co najmniej okulary słoneczne i krem z filtrem jak najbardziej wskazane, po drugie, z powodu turystów. A tych najwięcej było oczywiście w okolicach pl. św. Marka, gdzie też zacumował nasz statek. Jeśli już przy nim jesteśmy, to warto zaznaczyć, że jest to chyba najważniejsze, najbardziej reprezentacyjne, a przy tym najdroższe miejsce w Wenecji. Czego nie sposób pominąć tutaj? Przede wszystkim Bazyliki św. Marka, której zwiedzanie jest co prawda bezpłatne, ale trzeba się liczyć ze staniem w co najmniej godzinnej kolejce. Ważne – do Bazyliki, jak i do innych miejsc kultu nie wejdziemy z odkrytymi ramionami, w bermudach, ani z plecakiem czy dużą torbą. My miałyśmy ten pierwszy, więc nie ryzykowałyśmy straty godziny – zobaczyłyśmy Bazylikę z zewnątrz.

Zaraz obok niej, znajduje się Pałac Dożów, który śmiało można określić mianem najwspanialszego, jeśli chodzi o wenecki gotyk. Coś w tym jest – fasada zarówno od placu, jak i Wielkiego Kanału zachwyca, w tym również o zachodzie słońca. To tak charakterystyczny obiekt, że nie sposób go nie zauważyć.

Naprzeciwko Pałacu, nieopodal Bazyliki znajduje się Wieża Zegarowa z zegarem astronomicznym, który wskazuje nie tylko czas, ale także fazy Księżyca. Można na nią wejść – na szczycie jest taras, z którego roztacza się widok na panoramę miasta. Dość wyraziście, co widać szczególnie z Canale Grande, nad placem góruje Dzwonnica św. Marka.

Biblioteka Marcjana to kolejny zabytek na mapie Wenecji, z której jednak lokalizacją miałyśmy problem. Kiedy dotarłyśmy do jej wejścia, okazało się, że wstęp jest płatny, a bilety (za 7 euro) kupimy w Museo Correr,  które znajdowało się kilkaset metrów dalej – w miejscu, z którego rozpoczęłyśmy poszukiwania. W Wenecji oczywiście obowiązkowo trzeba zobaczyć Most Westchnień – znajduje się tam, gdzie jest dużo turystów robiących zdjęcia, tj. na moście tuż przed placem św. Marka.

Z placu św. Marka uliczki rozchodzą się we wszystkie strony. Nauczone doświadczeniem, że w obcym mieście łatwo się zgubić, początkowo wędrowałyśmy z mapą. Okazała się ona pomocna tylko przez chwilę, w celu zorientowania się, gdzie jesteśmy – skręcając niezliczenie w lewo, potem w prawo, idąc prosto i znowu skręcając w niewiadomym kierunku dotarłyśmy do mostu Rialto – zatłoczonego pewnie dlatego, że łączy dwa brzegi nad Canale Grande. Postanowiłyśmy zostać po „właściwej stronie” i pognałyśmy dalej. Po drodze mijałyśmy urokliwe, choć czasem bardzo zaniedbane kamienice o numerach liczonych w tysiącach, jednak nie powiązanych zbyt mocno między sobą. W pewnym momencie dotarłyśmy nad brzeg, dziwnie daleko od ludzi – okazało się, że jesteśmy prawie po drugiej stronie miasta! Wracając, znalazłyśmy się jeszcze w uliczce rzemieślników, którzy w pocie czoła kuli, naprawiali, wyrabiali, nie zwracając uwagi ani na turystów, ani na upał.

Mapa przydała nam się jeszcze w momencie, kiedy stanęłyśmy na pewnym placu z pomnikiem, zachwycone budowlą przed nami. Kiedy chciałyśmy wejść do środka, okazało się, że to…Ospelatello, co oznacza dosłownie szpitalik, a w rzeczywistości jest przytułkiem. To freski, jak również bogato zdobiona fasada zrobiły na nas tak ogromne wrażenie, a placem, na którym się znalazłyśmy, okazał się plac św. Jana i Pawła. Na placu znajduje się również kościół (Kościół św. Jana i Pawła), który jest jednym z ważniejszych gotyckich zabytków miasta, a dodatkowo mieści w sobie 25 grobowców dożów.

Na uwagę zasługuje również jeszcze jedno miejsce – pl. św. Apostołów z kościołem św. Apostołów. Tutaj spotkał nas miły akcent – okazało się, że to jedyny kościół w Wenecji, w którym odbywają się msze w języku polskim. Jak się okazało – ogłoszenie oznajmiało, że w okresie wakacyjnym są one odwołane. Plac jest urokliwy – graniczy z jednym z wielu kanałów. To dobre miejsce, żeby chwilę odpocząć.

Dobrze, teraz kilka przydatnych informacji dla wszystkich, którzy chcą Wenecję zwiedzać. Vaporetto jest stosunkowo drogie – 7 euro za bilet 1-godzinny, to jednak jedyny sposób, aby zobaczyć wiele zabytków miasta od reprezentacyjnej strony. Można wybrać również inny środek lokomocji – jedyny na świecie, a przy tym najbardziej charakterystyczny – gondole. Godzina rejsu kosztuje od 40 do 60 euro – relatywnie dużo, ale jeśli można sobie na to pozwolić, to warto. Zawsze jednak można pozwiedzać „z wody”, a wrócić już pieszo – wąskie uliczki naprawdę robią wrażenie.

Wenecja to miasto masek – karnawał jest tu ponoć najlepszy – maski można kupić już za 1 euro (z papier machee) lub będące magnesem na lodówkę. Oczywiście nie zabraknie takich, które kosztują i kilkaset euro. Jednak z Wenecji warto przywieźć też coś jeszcze – kamień Murano czy to w postaci biżuterii czy innych dodatków. Oryginał poznamy po tym, że po wewnętrznej stronie kamienie mają napis, że takie są. W Wenecji też, wyroby z kamienia są najtańsze – skonfrontowałam to potem z cenami w Caorle – tam były wyższe średnio o kilka euro, a wybór mniejszy.

Pisałam już wcześniej, że Wenecja jest droga, czasem przebitki sięgały nawet 100%. Zasada jest prosta – im bliżej pl. św. Marka, tym zapłacimy więcej – za lody, za pizzę, owoce morza, wodę, restauracje, toaletę – wszystko. Im dalej, tym te sukcesywnie maleją, przez co i bez mapy zagubiony turysta może określić swoje położenie.

Wrażenia z miasta setek kanałów mamy jak najbardziej pozytywne. Gdyby nie upał i tłumy, byłyby pewnie jeszcze lepsze. Dlatego też wniosek nasuwa się jeden – do Wenecji najwcześniej w październiku – jest nieco chłodniej, jednak pod koniec tego miesiąca miasto nawiedza „acqua alta” – wielka woda, która częściowo ją zalewa.

Spodobał Ci się wpis? A może byłeś lub chcesz dotrzeć do Wenecji? Kliknij “Lubię to”!