Sopot słynie z Festiwalu w Operze Leśnej, który co roku gromadzi przed telewizorami i na miejscu ludzi, których można liczyć i w tysiącach i w milionach. Mówi się też o sopockim Monciaku, czyli ulicy Bohaterów Monte Cassino, reprezentacyjną ulicą miasta i molo, które jest ponoć najpiękniejsze na Pomorzu. A ja powiem, że ani Opera Leśna, ani Monciak, ani tym bardziej molo nie przypadły mi do gustu. Może to przez pogodę, a może przez majowy weekend ? ludzie tłumnie wyruszyli, aby celebrować majówkę, nie zważając na to, że Dolny Śląsk został zasypany śniegiem.

Dojazd do Sopotu z Gdańska to kwestia 20 minut z Gdańska Głównego SKM-ką, bilet to groszowe sprawy, ulgowy w dwie strony raptem 4 złote. Lokalizacja dworca w Sopocie wręcz idealna ? parę kroków od głównej ulicy, pełnej turystów, chyba już niezależnie od tego, czy przyjeżdża się tam w maju, sierpniu, czy końcem grudnia. Przyglądałam się bacznie ogródkom piwnym, które tego dnia nie zachęcały, gdyż obrusy nań położone poczynały tańce, hulanki swawole ? ach ta morska bryza! Zza tych obrusów miałam nadzieję dostrzec jakąś niedużą smażalnię, tudzież nieco wytworniejszą restaurację, gdzie mogłabym zamówić świeżą rybę. Ale rybę! Nie chciałam McDonalda, czy innego KFC, które spozierały na mnie swymi agresywnymi logo. Nie chciałam też prawdziwego tureckiego kebabu, choćby miał być niewiadomo jak smaczny, ani tym bardziej sushi, czy innego japońskiego cuda.  Nieco zrezygnowana podążałam za tłumem, niemal na oślep, rozlegając się tylko co jakiś czas w poszukiwaniu upragnionego dorsza. Zamiast na rybę trafiłam na Krzywy Domek, któremu nie mogłam się nawet z bliska przypatrzeć, gdyż ludzie wręcz prześcigali się w tym, kto zrobi sobie przy nim więcej zdjęć.  W tym miejscu spotkało mnie niemiłe zaskoczenie. Może i Sopot spieszy się z otwarciem sezonu, może i chce mieć deptak najpiękniejszy na wybrzeżu, ale remontu na samym środku Monciaka się nie spodziewałam, zwłaszcza, że nie zanosiło się na to, że się niedługo skończy.

Jakimś cudem udało mi się dotrzeć do długiej kolejki, która prowadziła do kas, gdzie można było zaopatrzyć się w bilet upoważniający do wejścia na słynne molo. Szybko sobie przeliczyłam, choć z matematyką u mnie nie za dobrze, że nieźle na siebie zarabia ? bilet normalny 6 zł, ulgowy (do 16 roku życia) 3,5 zł! Święcie przekonana, że ulgowy, znaczy studencki kupiłam ten tańszy. Jakimś cudem udało mi się wejść jako szalona szesnastka i przeżyłam kolejne rozczarowanie, bo głowę mi urwało. Wiem, że Sopot nie ma wpływu na pogodę (choć kasę, którą zarabiają na ludziach chcących pójść w głąb, mogliby przeznaczyć na przekupstwo tak u góry), jednak urywanie głowy towarzyszyło mi nieustannie. Kiedy wydawało mi się, że doszłam do końca, okazało się, że koniec jeszcze daleko, ale dotrzeć tam się nie da, bo molo jest remontowane! Nie po to zapłaciłam za bilet 3,5 zł, żeby dojść do pewnego fragmentu pomostu. Zrezygnowana wróciłam na Monciak (głowa została urwana po raz setny).

Zmierzając w stronę przeciwną do tych wszystkich nieświadomych tego, co dzieje się na molo trafiłam na restaurację, której nazwy nie pamiętam, ale może to i lepiej. Upragniony dorsz, którego zamówiłam nie był pierwszej świeżości, czekanie na niego nie należało do najprzyjemniejszych, podobnie, jak czekanie w kolejce do toalety i w tej, w której ludzie czyhali, aż zwolni się stolik.

Potem jeszcze tylko długa droga do Opery Leśnej i jeszcze szybszy powrót. Na kilometr można wyczuć, że cały ten Sopot, to jedna wielka nieudana kampania reklamowa. A ludzie wciąż przyjeżdżają, wciąż udają zachwyt?