[singlepic id=2 w=320 h=240 float=left] Budapeszt, jako jedna z niedalekich stolic europejskich, znajduje się na liście “must see” Polaka. I my postanowiliśmy go zwiedzić w tym roku. Wybraliśmy się na czterodniową wycieczkę samochodem, dzięki czemu można było zobaczyć parę interesujących miejsc po drodze. Można było, ale ich nie zobaczyliśmy. Z różnych względów. Między innymi dlatego, że zajęłoby to bardzo dużo czasu. Mogliśmy zwiedzić Brno, Budapeszt i Wiedeń, ale każde takie “zjechanie” z drogi zabrałoby nam pół dnia. A przez pół dnia, co oczywiste, nic i tak byśmy nie zobaczyli. Chcieliśmy zostawić jak najwięcej czasu na węgierską stolicę, do której właśnie powracam kończąc tę trasową dygresję. Otóż, już od samego początku Budapeszt zadziwiał. Najpierw widokami. Naszym oczom ukazała się piękna panorama Budy. Następnie warunkami drogowymi, jakie tam panowały. Generalnie, kierowcy nie szanowali się nawzajem i standardem kultury jazdy dorównywali krajom Afryki Północnej. Naprawdę. Bardzo przydatny okazał się jednak pas wyłącznie dla autobusów. Znacznie ułatwiało to poruszanie się komunikacją miejską, na którą również warto zwrócić uwagę. Autobusy, tramwaje i trolejbusy wręcz zachwycały. Ich zgranie i punktualność. Cechy te sprawiały, że można było bez problemów dojechać z jednego końca Budapesztu na drugi w bardzo niedługim czasie.

No dobrze. Dotarliśmy więc na miejsce. Zamieszkaliśmy w bardzo przytulnym hostelu Alice (dla zainteresowanych LINK). Za 32zł/os mieliśmy miejsca w ośmioosobowym pokoju. Dodatkowo, w cenę było wliczone śniadanie. Zarządca codziennie rano przynosił reklamówkę bułek, masło, pomidory itp. Każdy znalazł coś dla siebie. Do naszej dyspozycji była ogromna kuchnia, w której mogliśmy gotować i spędzać wolny czas.  Dużym pozytywem był darmowy internet bezprzewodowy i ogromny telewizor. Nawet lokalizacja była fantastyczna. Dojazd autobusem do Budy zajmował 5 minut. Pieszo, spacerem, 30.

Na pierwszy rzut oka Budapeszt to bardzo biedne miasto. Nie powinno to dziwić, bo można się było o tym naczytać we wszystkich przewodnikach. Podobno panuje tam również wysoki współczynnik bezrobocia. Zauważyłam to już na początku, gdy, trochę specjalnie, a trochę przypadkiem, zgubiliśmy się na obrzeżach Pesztu. Dotarliśmy do skweru, na którym panowała samowolka. Jeden pan załatwiał swoją potrzebę kucając pod drzewem, na ławce, obok której przechodziliśmy, bezdomna pani masowała bezdomnemu panu stopy. Wszędzie, wszyscy pili tani tokaj. No nie zachwyciło mnie to.

Miasto to urzekło mnie dopiero drugiego dnia, gdy wybraliśmy się do ścisłego centrum. Godzinny poranne poświęciliśmy zakupom. Warto zauważyć, że ceny w tych samych sklepach, co w Polsce, są o około 10-15% niższe, co pozwala zaoszczędzić parę groszy. Później ruszyliśmy zwiedzać wszystko, co się po kolei zwiedzić dało. Za darmo oczywiście. Przeszliśmy przez jeden z wielu mostów z Pesztu do Budy i wspięliśmy się do dzielnicy zamkowej, skąd rozpościerał się widok na całe miasto. Niezapomniany i niesamowity widok, warto dodać. Wracając, podziwialiśmy wspaniałą architekturę miasta i jej magię. Tak naprawdę w ciągu jednego dnia nie dało się wiele zwiedzić. Nadal czekał na nas, między innymi, parlament.

Z założenia, mieliśmy zwiedzać tylko te miejsca, które były darmowe. Okazało się jednak, że życie w węgierskiej stolicy jest tańsze, niż przypuszczaliśmy i mogliśmy pozwolić sobie na zwiedzenie czegoś płatnego. Trafiło na muzeum terroru, które kosztowało 1800 forintów. Na szczęście, dla “młodzieży” do 26 roku życia i seniorom powyżej (chyba) 50, było 50% zniżki. Jedynym kryterium weryfikacji było pokazanie dowodu osobistego dowodzącego pochodzenie. Niestety, byłam tym miejscem nieco zawiedziona i czułam niedosyt. Tak naprawdę było to muzeum nazizmu i faszyzmu. Owszem, mogło być bardzo interesujące dla turystów z krajów, które niewiele miały do czynienia z drugą wojną światową. My, Polacy, którzy widzieliśmy już to wszystko w Oświęcimiu lub na wielu filmach historycznych czy lekcjach historii, nie do końca byliśmy poruszeni. Wrażenie robił właściwie tylko czołg stojący na tle ściany wytapetowanej fotografiami ofiar. Niemniej jednak warto było to miejsce zobaczyć.

Ogromne wrażenie zrobił na nas Plac Bohaterów. Byliśmy tam nocą. Naprawdę zachęcam do zwiedzania Budapesztu nocą. Niesamowite przeżycie. Wypuściliśmy się dalej i zwiedziliśmy dwa zamki otoczone pięknym parkiem. Nawet po 22 to miejsce tętniło życiem. Wydaje mi się, że to były najlepsze miejsca, w które można się było wybrać. Żałuję, że odnaleźliśmy je dopiero ostatniego dnia. Zmotoryzowanych ostrzegam, żeby przy tym placu nie parkować, bo można dostać mandat. Generalnie poruszanie się samochodem po Budapeszcie jest bardzo uciążliwe i w miarę możliwości, radzę korzystać z komunikacji miejskiej.

To może jeszcze kilka słów o cenach. Otóż, mówiono mi przed wyjazdem, że Budapeszt jest bardzo drogi. Nie do końca. Zależy, co się przez to rozumie. Owszem, można było znaleźć restauracje, gdzie ceny za obiad zaczynały się od 6000 forintów, ale tak na dobrą sprawę można było znaleźć miejsce, gdzie konsumowało się smaczny bogracz za 1000 f.  Poza gastronomią, ceny wcale nie były wysokie. Wystawy sklepowe wzywały wręcz do wejścia do sklepu “krzycząc” niskimi cenami. Polecam wszystkim węgierskie sklepy z używaną odzieżą. Można tam nabyć porządne ubrania w naprawdę niskich cenach.

Wycieczkę do Budapesztu polecam wszystkim chcącym zobaczyć stolicę, która jednocześnie jest podobna i bardzo różna od naszych, polskich miast. To naprawdę paradoksalne, ale zarazem pełne magii miejsce. Przyznaję, że 4 dni to odrobinę za krótko. Polecam co najmniej pięciodniowe wypady, z “zahaczeniem” o Bratysławę, którą my musimy przełożyć na następny raz.

[nggallery id=1]